john, ach john.
dawno, dawno temu, kiedy byłam przemłoda i przepiękna, pisanie nie sprawiało mi żadnego problemu, wręcz lubiłam dość często chwalić się światu swoimi myślami, być może nie interesowały go zupełnie te sprawy, ale wybrałam tę drogę, bo jakoś nie mam w zwyczaju truć ludziom, o której godzinie wstałam i dlaczego zaraz po tym "poszłam do ubikacji umyć się" (ach, antyblogasek - to była ciekawa strona). czas ten jednak przeminął i czując potrzebę poklepania w klawisze, by później puścić to w sieć za pomocą joggera, nie potrafię ubrać już w słowa wielu myśli, których absolutnie jest tak samo wiele jak wtedy, gdy to pisanie jakoś szło, jakoś lepiej niż obecnie.
co skłoniło do napisania? chyba zbliżająca się sesja, bo człowiek najczęściej, a niewątpliwie ja do grupy takich ludzi należę, gdy ma coś do zrobienia obowiązkowego, to szuka innych zajęć, które sprawią mu jakąkolwiek przyjemność, byle nie ruszać najważniejszego; kolega ostatnio w ten sposób ugotował pierwszą w swoim życiu zupę! pyszna była ogórkowa, chociaż ja w niej ogórków nie czułam za bardzo - liczy się to, że mi smakowała (innym zresztą też).
chciałabym również zaznaczyć, że nie tylko marudzenie mnie obecnie zajmuje, zachwycam się właśnie nowym albumem johna frusciante, już teraz wiem, że do snu zagra mi - właśnie on.
ekhm, moi mili. z powrotem na chwilę, a może dłużej - jestem.
Napisane 26 stycznia, 2009 przez cala-w-trawie